Sz(ż)ycie na miarę...

Autor:
Sz(ż)ycie na miarę...

Podobno gdy się podetnie kobiecie skrzydła ona leci dalej – na miotle. Małgorzata Żochowska z budynku TVP doleciała na warszawski Grochów. W przedwojennej kamienicy przy Kawczej odstawiła miotłę a chwyciła centymetr i krawieckie nożyce. Do własnej małej pracowni zaprowadziła ją jednak trudna trasa - bez systemu naprowadzania, bez nawigacji. Po drodze zostawił ją mąż. Dziś oswojona z rozstaniem, chce oswajać innych, pokazać przetarty szlak. Bo najpierw trzeba swoje wypłakać i ruszyć z kopyta. A jeśli przy tym straci się trochę czasu... to tylko na przyjemności...

 

 

Podobno niebo spada nam na głowę nie po to, by się z nas śmiać...

(Gosia odchyla modnie ostrzyżoną głowę i wybucha śmiechem...)

...a więc znasz to powiedzenie... ale by, się zachwycać, patrząc jak się podnosimy. Kiedy widzi Ciebie musi być naprawdę mocno zachwycone.

Po wielu trudnych miesiącach myślę, że niebo spada też na głowę po to, żeby dodać energii. Choć trudno w to uwierzyć w momencie kiedy się wszystko wali. Poznaję bardzo wiele osób w sytuacji podobnej do mojej i te, które dostały skądś tę energię albo miały jej dość w sobie, błogosławią to niebo, które spadło na głowę. Nagle się okazuje, że człowiek znajduje w sobie ogromną moc. Bo musi, bo nie ma innego wyjścia, ale z tego „musi” w końcu się robi „chcę” i jest genialnie.

Nie zdajemy sobie sprawy z tego ile mamy w sobie siły.

Tak, to jest bardzo trudne, jej znalezienie udaje się niewielu osobom, dlatego chciałabym wykorzystać swoje doświadczenie i, kiedy komuś niebo spadnie na głowę, z jeszcze kilkoma osobami, coś konstruktywnego podpowiedzieć.

Będzie fundacja. Zdradź nam coś...

Robocza nazwa to „Po rozstaniu”. Jej bardzo ważnym elementem ma być duża pracownia, w której będzie to, co kocham czyli najróżniejsze maszyny do szycia. Będzie można przyjść i w spokoju sobie poszyć...

W hałasie maszyn za bardzo nie będzie można pogadać i pożalić się...

Bo też o to chodzi żeby skupić się w trudnym momencie na drobiazgu. Nauczyć się przyszywać guziki albo równo zszywać dwa kawałki materiału, albo podkładać spodnie, uszyć sobie swoją pierwszą lnianą torbę na zakupy. Gdy trzeba się skupić na drobiazgu i zrobić ten szew prosto, nie myśli się o innych rzeczach. To też ma być miejsce fajnych spotkań. Rozmawiam z artystą, malarzem – grafikiem, który mówi „dobra przyjdę do was będziemy sobie rysować”. Powstanie też blog, miejsce na którym będzie się można wygadać. Pod jednym tylko warunkiem – nikomu nie dokładamy personalnie, ale szukamy rozwiązań.Nie chcę być mądrzejsza od wszystkich, ale chcę pokazać, że mając czterdzieściparę lat możesz się nauczyć rysować czy obsługiwać komputer.

Pole masz właściwie nieograniczone...

Dokładnie tak, chodzi o zwykłą aktywność, taką najzwyklejszą, taką od podstaw, która pozwoli ci się skupić i pokaże, że to co się stało, to nie jest koniec świata. Ale rozstanie chcemy potraktować bardzo szeroko, bo też na przykład jako rozstanie z korporacją. Mnie te dwie rzeczy przydarzyły się jednocześnie!

I w ogóle nie jesteś już związana z telewizją?

Jestem związana etatowo, ale pracy dla mnie nie ma... Stało się coś, co spotyka wiele osób. Ja pracowałam prawie 25 lat w TVP. Od nikogo nie oczekuję spelndorów za to, ale myślałam, że po tych dwudziestu paru latach, ktoś powie „dziękujemy, zrobiła pani kawał roboty dla tej firmy”. Tak się nie stało. Zaczęłam się zastanawiać co ja potrafię robić, bo przecież ten zawód, który uprawiałam jest piękny, ale gdyby mnie ktoś zapytał co potrafię – potrafię rozmawiać z ludźmi, potrafię napisać kartkę tekstu...

Tak... potrafimy to, co każdy spotkany na przystanku człowiek

(śmiech) Prawda?! W trudnych sytuacjach to jest okrutne. Ale uświadomiłam sobie, że przecież ja potrafię szyć! Robię to od 40 lat. Szyła moja mama, szyła moja babcia, a ja jestem dzieckiem kryzysu, przerabianych spodni itp. Maszyna zawsze stała w domu, a ja do tego wszystkiego jestem Zosią Samosią. Mama zawsze mówiła „Poczekaj, pokażę ci jak to zrobić, bo mi znowu rozregulujesz”. Ale gdzie tam, musiałam sama, a potem ustawianie tych maszyn na pedał to był jakiś kosmos. No i teraz zaczęło się od... (Gosia błądzi wzrokiem po pracowni, podchodzi do wieszaka i zdejmuje z niego dziecięcą kurtkę). Uszyłam kurtkę mojej córce, też z konieczności, bo był przełom pór roku, a ona bardzo szybko rosła, nie chciałam kupować kolejnej. Kiedy kilka osób zapytało mnie skąd mam tę kurtkę, pomyślałam „kurcze, coś w tym jest”. I zaczęłam szyć dziecięce rzeczy. Potem miałam krótką przerwę i teraz, jak to niebo spadło mi na głowę... Kiedyś obiecałam sobie, że będę robiła w życiu tylko to, co lubię.

I teraz starasz się dotrzymać słowa. W niezwykłym miejscu...

Znalazł je mój mąż. Początkowo to miał być magazynek do którego miałam wynieść  wszystkie swoje wykroje, szpargały, maszyny żeby to nie stało w domu. Ale potem sobie pomyślałam „a jak by to zrobić tak po swojemu to to będzie moje miejsce”. I to jest moje miejsce, ja się tu czuję fantastycznie. Jedna rzecz, której mi tu brakuje to łóżko, dlatego, że chętnie bym tu też  odpoczywała. Ta ulica, Kawcza, ma tajemnicę, ma historię. Na rogu pracuje pan, który robi termometry od 1948 roku, pan Wiesław. Pani Wiesława, która mieszka obok, żyje tu 75 lat i opowiadała mi o pierwszych bombach, które spadały na Warszawę. Ci ludzie się mną opiekują.

Czyli niebo zleciało razem z aniołami

Tak! Witamy się ze sobą, jesteśmy sobie życzliwi, pan Wiesław uchyla na powitanie czapkę, ma zawsze koszulę, krawat i kamizelkę. Skaluje urządzenia dla Instytutu Miar i Wag. Jego pracownia wygląda jak muzeum, jest niesamowity. Przychodzą tutaj ludzie i opowiadają historię pana Sylwestra, również krawca, poprzedniego lokatora tego miejsca, który kochał alkohol i kobiety. Jedni mi opowiadają jakim był okropnym człowiekiem a inni mi opowiadają jak uroczo się nie wywiązywał się ze swoich zobowiązań. Także duch pana Sylwestra krąży tutaj. Kiedyś mnie odwiedził jego kolega z dawnych czasów, krawiec z Mody Polskiej, starszy pan. I mówi „ja tu krążyłem koło pani tyle razy, bo chciałem się dowiedzieć kto tutaj po tym Sylwestrze pracuje”. Wszedł i kiedy zobaczył manekin i tkaniny powiedział „dawno tego nie robiłem”, zaczął je głaskać i opowiadać mi o swojej pracy. Mówił, jak ją kochał, jak nigdy się w niej nie zdenerwował. Zapytałam czy zna kogoś kto robi wykroje. Pomyślał chwilę i mówi „ja tego nigdy nie robiłem, ale sprawdzę czy Zdanowicz żyje. Jak żyje to was skontaktuję” (śmiech).  I takich historii jest mnóstwo. Choćby moja współpraca z Olą. Wypatrzyłyśmy się przez okno. Ola jest krawcową z wykształcenia, ale bez doświadczenia nikt nie chciał jej zatrudnić więc wiele lat pracowała w innej branży. Któregoś dnia tu przyszła no i szyje, bardzo się angażuje i świetnie się dogadujemy. Często jest tak, że ja coś zaczynam, ona kończy albo odwrotnie.

Teraz więc w pracy odpoczywasz

Owszem, i chciałabym żeby pracownia w mojej fundacji też była takim miejscem, w którym człowiek przekonany, że świat się skończył, najpierw odpoczął. Bo to trzeba zrobić na samym początku – odpocząć, odstresować się i myśli skupiać na czymś innym. W tej chwili szukam pomieszczenia, mądrych ludzi, którzy będą chcieli z nami współpracować, chętnych do przekazania maszyn już znalazłam. Jestem gotowa iść na całość.

A jesteś gotowa, by mówić o tym co się Tobie przytrafiło prywatnie? Minął rok, wciąż boli?

(cisza) Ja nigdy nie robiłam z tego tajemnicy, mówiłam, że jestem w trudnym momencie. Wiem dlaczego to się stało. Nie wiem jak to zabrzmi... ja się nie dziwię tej decyzji, którą podjął mój mąż. Tylko, że czasem ważniejsze niż to, że ktoś odchodzi jest to jak to robi. No ale teraz muszę zacząć myśleć o sobie. Nawet nie o dzieciach, bo tutaj bardzo dobrze się dogadujemy. Myśleć o sobie w taki konstruktywny sposób, żeby siebie w tym wszystkim ocalić i ćwiczyć tak zwaną udaną samodzielność.

Pamiętasz pierwsze uczucie jakie się pojawiło, gdy mąż powiedział, że chce odejść?

Strach. Ktoś mądry powiedział mi wtedy „ to porozmawiajmy o tym strachu”. I kiedy zaczynasz to rozkładać, oswajać, okazuje się, że na końcu nie ma nic, że nie ma się czego bać. Po części też stąd pomysł na fundację, bo kiedy wtedy szukałam dla siebie w Internecie potrzebnych mi informacji, nie znalazłam miejsca gdzie byłyby zebrane. Nie ma miejsca, w którym w takiej sytuacji jak moja znalazłabyś coś dla ciała i coś dla ducha.

A co Tobie pomagało w tych pierwszych chwilach?

Przyjaciele, bardzo. Nie wiedziałam, że mam tylu przyjaciół.

Tych prawdziwych poznaje się ponoć w biedzie

Tak, ale to nie jest tak, że oni się nagle pojawili. Oni zawsze byli, tylko kiedy człowiek tak zasuwa, nie ma czasu się nad tym zastanowić. I staram się to zatrzymać, uczę się świadomie być dla innych ludzi. Częściej pytam „czy mogę ci w czymś pomóc?” Mam potrzebę by im zwrócić tę ich troskę.

Uniknęłaś tego co spada po rozstaniu na wiele kobiet, przekonania, że są gorsze, brzydsze itd.

Trzeba po prostu przeczekać niektóre stany... Ja też uczę się dla siebie takiej tolerancji, żeby za dużo od siebie nie wymagać, że jeżeli nie mam dziś ochoty wstać z łóżka to po prostu nie wstaję i nie mam o to do siebie pretensji. Są takie weekendy kiedy jestem sama i wtedy trenuję leniuchowanie. Bo JA nie mam ochoty dziś wstać z łóżka, albo JA mam ochotę przyjść do pracy na 15tą. I JA to zrobię, tylko sztuką jest nie mieć potem do siebie pretensji, że nie zrobiłam tego, czy tamtego i jeszcze zmarnowałam czas. Moi przyjaciele mówili „masz prawo do tego płaczu, on minie”.  Ale jak ktoś ci mówi „to minie”...

To masz ochotę go udusić

Tak.

I jeszcze „będzie dobrze”. A przecież wiesz, że w końcu będzie...

Nie wiem czy będzie dobrze, ale że minie - na pewno tak. Ale warto pomóc trochę naturze, dlatego chcę w fundacji dać taki oddech ludziom, którzy są w trudnej sytuacji. Może warto się spotkać z kimś kto nie powie „słyszałam, że to mija” tylko powie „to mija”.Nie załatwię za nikogo spraw rodzinnych, ale też jestem w trudnym momencie i wiem, że można do niego podejść konstruktywnie, wykorzystać to dla siebie po prostu. Jak już będziesz na to gotowa, bo nic na siłę. Trzeba swoje wypłakać, swoje wymarudzić, trzeba swoje wyleżeć w łóżku. No trzeba. Potem, kiedy już masz siłę wstać z tego łóżka, to chodź do mnie, poszyj,  porysuj, porób na szydełku, na drutach, przyjdź i zrób sałatkę, spotkaj się z ludźmi, których spotkało to samo. Może znajdziesz jakąś nadzieję. Kobiety, które nie znają mediów „od środka” często chcą być takie jak celebrytki. Ich zdaniem idealne. Mimo, że mimika twarzy kończy się im na brodzie...

Tak, ale media nazywają je „zjawiskowymi”. Choć zjawiskowa to była robota jaką wykonał chirurg plastyk... Twoim zdaniem świat jaki pokazują kolorowe pisma istnieje?

Świat idealnego piękna? Nie. Osoby, które błyszczą gdzieś w mediach podziwiam za PR i marketing, za taką umiejętność znalezienia siebie na tym zdjęciu. Bo jak jest lubiana przez media to się pokazuje jej dobre zdjęcia. Ale wśród kilkudziesięciu zdjęć, które jej robią na ściance zawsze się znajdzie takie, na którym ona ma nie taką minę, nie tak się ustawiła, gdzieś coś się jej zmarszczy, pofałduje i kiedy przestajemy żyć w komitywie to pokazujemy to drugie zdjęcie. Ale tak jest, było i będzie. Ja się kiedyś kochałam w Robercie Redfordzie, w Paulu Newmanie, w tych jego niebieskich oczach...

Masz słabość do blondynów!

Tak, a w podstawówce kochałam się w Limahlu! My tylko zmieniamy obiekty. Kiedyś to był Paul Newman, dzisiaj to jest Brad Pitt. Kiedyś to była Grace Kelly a teraz jest Natalia Siwiec. Tylko mam wrażenie, że znacznie mniej trzeba z siebie dać niż kiedyś, żeby się znaleźć na pierwszych stronach. Ale jeśli ktoś chce żyć w takiej ułudzie – jego sprawa.

A brakuje ci życia telewizyjnego? Zaczynania dnia od prasówki, ciężkiego makijażu?

Dziennikarz to jest człowiek ciekawy świata. I albo się to ma, albo się tego nie ma. Więc ja teraz też czytam gazety, tylko trochę wolniej i, wbrew pozorom, trochę uważniej, bo mam na to więcej czasu. Nie wstaję o 4 rano, chociaż uwielbiałam poranki w TVP Info z powodu ciekawych spotkań i rozmów, to dla mnie było treścią mojej pracy. Ale teraz też się spotykam z ludźmi tylko z trochę innymi i też rozmawiamy. Wchodzą na 5 minut a wychodzą po godzinie. Tylko to się zmieniło. Dziś żyję w innym tempie. Zresztą, nigdy nie byłam w centrum tego celebryckiego świata.

A nie ciągnęło Cię do niego?

Nigdy

Nie miał nic fajnego do zaoferowania?

Dla mnie nie... Może nie powinnam tego mówić, w kontekście tego co teraz robię, ale mój ulubiony strój… to dres. Więc kiedy miałam gdzieś iść to czułam się nie ubrana tylko przebrana. Dlatego nie było mi dobrze w świetle reflektorów. Paradoksalnie też pozowanie do zdjęć sprawiało mi problem, tak jak stanie przed kamerą w charakterze gościa, mimo że sama robiłam to tyle lat. Jakoś rozminęliśmy się z tym światem, nigdy mi go nie brakowało. A czułam ulgę kiedy widziałam jaki jest okrutny dla ludzi, którzy wypadają z obiegu.

To wróćmy do Twojego obiegu. Szyjesz, ale też sama projektujesz. Kombinujesz wtedy jak na przykład ukryć zbyt krągłe biodra klientki, powiększyć biust itd.?

Albo zaczynam od wyboru tkaniny, albo od wyobrażenia klientki o tym co mam uszyć. Jeśli jest niezdecydowana to szukamy wspólnie, a jeśli wie czego chce to rozmawiamy o tym czy to co sobie wymyśliła jest w sam raz. Mówię dziewczynom, że są fajne, że mają piękną linię bioder czy piękne ramiona, że trzeba to pokazać, odkryć. Zapewniam, że nigdy nie wcisnę jej w coś, w czym będzie się źle czuła nawet jeśli ja uważam, że to jest bardzo dobre. (Gosia podrywa się z krzesła i zdejmuje z wieszaka malinową sukienkę, jeszcze nie skończoną z fastrygą.) Ten fason wymyśliła klientka, ja tylko zaproponowałam te zaszewki, bo fajnie wysmuklają ciało. A to jest fason... (odwiesza malinową i pokazuje mi białą we wzory, o kroju „nietoperza”) to jest fason, w którym jest każdemu dobrze. Opadające ramiona sprawiają, że zwracasz uwagę na górę, a w biodrach jest „luźno”. Teraz w zależności od tego czy dziewczyna lubi swoje nogi czy nie, dopasowujemy ją lub nie. Urok kobiecej figury kryje się w proporcjach, co z tego, że ktoś jest bardzo szczupły jak... trudny do ubrania?

Oczy Ci błyszczą jak o tym mówisz...

Teraz na myśl o wszystkim co mi się przydarzyło uśmiecham się, bo zdałam sobie sprawę jak wiele dobrych rzeczy wyniknęło dla mnie z tej sytuacji. Bo okazało się, że ja potrafię być cierpliwa, łagodna, że jestem ważna dla wielu ludzi. Ja zaczęłam chodzić w sukienkach, nosić buty na obcasie! Początkowo zastanawiałam się jak dam sobie radę finansowo, myślałam, by może coś sprzedać, jakoś ciąć koszty. I tak patrzyłam na swoje mieszkanie, że może jest za duże... Ale potem pomyślałam - jak za duże?! Nie ma, że za duże, nie stracę tego. Mowy nie ma!

Wiesz, że ktoś złośliwy powie: „pani z telewizji, miała pewnie kasę to sobie otworzyła pracownię, tej to było łatwo”. Łatwo?

Broń Boże. To diabelnie trudne.

Ale możliwe?

Dla każdego.

20150212115246
20150212115318

nie musisz być idealną,
żeby być piękną!

Ewelina Kopic

Ta strona używa Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania - politykę prywatności. Można zablokować zapisywanie cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie. Zgadzam się