Na chorobę Ci rak?!

Autor:
Na chorobę Ci rak?!

Jak mantrę powtarza „badajcie się”. Wie co mówi, wzięła się za bary z nowotworem i wygrała przez nokaut. Nasza czytelniczka, Aleksandra Ziętek, przekonuje, że nie warto płakać nad każdym straconym po chemii włosem, a krwistoczerwone paznokcie mogą być skutecznym lekarstwem...

 

Wypada mi pogratulować Ci nowej pracy...

Tak, dostałam pracę, ten rok zaczął się naprawdę dobrze. Bardzo się cieszę, dwa lata byłam bezrobotna.  Długo czekałam na tę pracę, tym bardziej się cieszę. 

Nowy rok zaczynasz więc z przytupem

Tak, jestem przed kolejną wizytą w szpitalu, w lutym mam zabieg na drugą pierś, ale to już bardziej sprawa  kosmetyczna. Po operacji prawa pierś, ta która była chora, wyszła większa od lewej. Krótko mówiąc chodzi o symetrię. Jedna pierś ma miseczkę C a druga -B. Ciężko mi się ubrać, zostaje chodzenie w ubraniach bardzo szerokich, jak w workach.

Ale nie ma tragedii, dobrze, że dziś to jedyny problem

Tragedia by była gdybym spóźniła się z badaniami o jeden dzień. Udało mi się zachować skórę i brodawkę, dzięki temu mogłam dostać endoprotezę i zejść ze stołu operacyjnego z uzupełnioną piersią a bez raka. Kwestia tygodni, czy paru dni i byłabym teraz w zupełnie innym miejscu.

Na jakim etapie jest Twoja choroba?

Dziś jestem czysta onkologicznie, jestem już wyleczona. Skończyłam cztery chemioterapie, ostatnią w połowie stycznia. Do października raz w miesiącu biorę zastrzyki hormonalne w brzuch, cały czas jestem w stanie menopauzy. Czekam aż mi odrosną włosy.

A początek? Jak to było?

USG wykazało, że coś jest w piersi. Biobsja wykazała, że to włókniak, niby nic poważnego. Ja się uparłam, że chcę to wyciąć. Poszłam na operację, lekarze wycięli go i okazało się, że wokół włókniaka jest naciek raka. No i pojawił się problem co dalej - czy znowu wycinamy jakiś kawałek (który jak się okazało był bardzo trudny do zakreślenia) z ryzykiem, że wytniemy za mało i za jakiś czas trzeba będzie znowu wyciąć kolejny fragment czy od razu wycinamy całą pierś. Zdecydowałam się na wycięcie ze środka całej piersi.

Czyli nie miałaś żadnych oznak choroby

Nie, na USG chodzę regularnie, bo mam gruczołowatą budowę piersi, są podatne na tworzenie się guzków. Miałam wskazania od lekarza aby chodzić na kontrolę raz na rok. I zawsze skrupulatnie tego pilnowałam, dzięki temu skończyło się tak, jak się skończyło. Gdybym poszła kilka miesięcy później, a to co miałam w środku byłoby parę milimetrów większe... A to był pierwszy stopień raka złośliwego...

Żyjesz sobie, niczego się nie spodziewasz i nagle się dowiadujesz

To chyba najgorsza rzecz jaką można przeżyć. Nikomu nie polecam pojechania po wyniki samemu. Ja tak zrobiłam. To coś strasznego, dostajesz kartkę A4, na której wszystko jest napisane po łacinie i jest tylko jeden zwrot po polsku – naciek raka. I tak naprawdę nie wiadomo o co chodzi, czy ten naciek jest, czy go nie ma, co oznacza ta cała łacina dookoła. Jeśli jesteś tam sama to jest tragedia. No ale trzeba było się pozbierać, pojechać do szpitala, pójść do lekarza, zrobić konsultacje. Miałam szczęście i udało mi się te konsultacje szybko załatwić i szybko mieć operację. No i każdy sobie zadaje pytanie – dlaczego ja? Co ja złego zrobiłam? Przecież ja tego pilnowałam!

I jaka jest odpowiedź na to pytanie?

… może jestem dziwną osobą, ale wierzę w to, że ktoś tam z góry nam zsyła to czy tamto żebyśmy coś zrozumieli... Chyba sobie do końca tego wszystkiego nie wytłumaczyłam, dla mnie najważniejsza była psychika i ludzie, którzy mnie otaczali, bo to jest 80 procent wyjścia z choroby i w ogóle przejścia przez nią. Nie można zamknąć się na ludzi. Ja organizowałam Sylwestra, wychodziłam, byłam na koncercie Narodowej Orkiestry Symfonicznej kiedy nie miałam włosów... Dlaczego mnie to spotkało?... Nie wiem, ale spodziewałam się, że prędzej czy później mnie to spotka, nie jednak, że aż tak wcześnie. To już choroba cywilizacyjna, niebawem, zamiast robić tylko podstawowe badania krwi będziemy się badać w kierunku raka. Paradoks jest taki, że u mnie w rodzinie nikt nie miał raka. Moja rodzina jest raczej z chorobami wieńcowymi, zawałowa. I nagle ja. Może ktoś powie, że podeszłam do tego infantylnie, ale kiedy nadszedł ten okres pytań, wątpliwości, rozważania wszystkich za i przeciw i „co by było gdyby”, zapytałam lekarza czy, skoro już to wszystko się wydarzyło, to jest szansa, że mogłabym przy okazji mieć większe piersi. Lekarz zaczął się śmiać i mówić, że to jest dobre podejście, że tak trzeba, z usmiechem na twarzy. Zdaję też sobie sprawę z tego, że nie każda dziewczyna miała tyle szczęścia. Tych przpadków jest tyle, że siedząc w poczekalni do chemioteriapii i słuchając rozmów, wydaje ci  się na początku, że wszystkie przypadki są takie same, ale po minucie się okazuje, że ta miała inny parametr, ta miała węzły chłonne zaatakowane, ta miała coś jeszcze innego. Jeden dzień różnicy, jeden marker, jedna zmiana gdziekolwiek, powoduje takie różnice w tym co może być później, że to się w głowie nie mieści. 

Czego potrzeba kobiecie, która jest po amputacji, która boi się chemii albo jest tuż po niej? Co Tobie pomagało?

Wiesz, ja mam szczęście, dużo udało się ocalić, skórę, brodawkę. Patrzę w lustro i widzę siebie, choć jeszcze bez włosów. U kobiet, które tego nie mają psychika siada całkowicie. Ale nie ma wyjścia, od samego początku trzeba być na wysokich obrotach i otaczać się tylko ludźmi, którzy myślą pozytywnie, a nie tymi, którzy dołują i potrafią zapytać „słuchaj, a tak naprawdę z czego ci się to wzięło?”. Takich ludzi trzeba, brzydko mówiąc, eliminować. Podam Ci przykład mojego chłopaka. Jest człowiekiem twardo stąpającym po ziemi. Kiedy już dowiedziałam się, że jestem chora, to było we wtorek, nastąpił bardzo intensywny tydzień - badań, konsultacji itd. (przy okazji polecam każdemu przygotować wcześniej na kartce pytania, które chce się zadać lekarzowi, ja miałam ich chyba sto). No i w tym wszystkim seria pytań z mojej strony: co by było gdyby, a czy ja wcześniej umrę, a jeśli będę miała przerzuty, a jak wygląda to, jak tamto. Razem analizowaliśmy dosłownie wszystko. W niedzielę, okazało się, że wyczerpaliśmy wszystkie możliwe tematy, wszystkie możliwe za, przeciw, dlaczego ja, po co? I nagle temat w naszym domu ucichł. Po prostu. 

Zaczęliśmy rozmawiać o rachunkach za prąd czy zakupach, sprawach codziennych. I oczywiście jako typowa kobieta musiałam dojść do wniosku, że mój partner przestał interesować się moją chorobą. A przecież ja bym chciała żeby on jeszcze się nade mną porozczulał! (śmiech) W końcu sama wróciłam do tematu, a on mówi: dziewczyno, co ty robisz? Weź się w garść i idź do przodu. Omówiliśmy już wszystko. Przestań o tym myśleć, bo nie masz innego wyjścia. Masz przed sobą trudne miesiące, trzeba przez to przejść i tyle. Koniec kropka. Podobnie z włosami, trzeba wziąć do ręki golarkę i je obciąć, a nie zbierać je po domu i płakać nad każdym włosem. Bardzo mi to pomogło, choć na początku tak wcale nie myślałam. 

To naprawdę takie łatwe? Włosy to jednak ważna rzecz dla kobiety

Na początku strasznie się rozczulałam, sama nie chciałam ich zgolić, pewnego dnia mój chłopak obiecał, że wieczorem zrobi to za mnie. Ale w ciągu dnia włosy tak mi poleciały, że wzięłam jego golarkę, worek na śmieci i aparat fotograficzny, bo chciałam mieć pamiątkę, i poszłam do łazienki. 

Przy okazji przetestowałam kilka fryzur, zobaczyłam jak włosy wyglądają zgolone z jednej strony, czy do twarzy mi z irokezem itd. Śmiałam się sama z siebie. 

Przypomina mi się odcinek „Sexu w wielkim mieście” kiedy chora na raka Samantha też sama w łazience chciała ogolić głowę maszynką swojego chłopaka.

Właśnie! I wiesz, że ja kiedy to zrobiłam poczułam się lepiej. Wysłałam mojemu chłopakowi zdjęcie z ogoloną głową. Powiedział: super, że to zrobiłaś. Jemu też chyba kamień z serca spadł, że nie musi tego robić. 

Powtarzasz, nie bez racji, jak ważne są badania. Ale my przecież wszystkie o tym wiemy, każda kobieta powie „oczywiście, że trzeba się badać!”, więc dlaczego tego nie robimy?

Bardzo się cieszę, że wiele moich koleżanek, po moich namowach, poszło się przebadać i dowiedziało się o bardziej czy mniej poważnej chorobie. Wiele z nich natomiast mówi, że nie pójdzie, bo boi się diagnozy, że dowie się czegoś złego. Tłumaczę wtedy, że mają dwa wyjścia: możesz zwlekać z badaniami, trafić do szpitala i wyjść z niego z jedną piersią albo zrobić je teraz i coś uratować, łatwiej i szybciej z tego wyjść. Poznałam taką dziewczynę w szpitalu, miała krwiaka na piersi, bo uderzyła się o łóżeczko dziecka. Dzięki temu dowiedziała się, że jest chora. Nie chodziła wcześniej do lekarza i dopiero po tym wypadku okazało, że pod krwiakiem jest rak i piersi nie udało się uratować. Straciła ją niemalże z dnia na dzień, zostało po niej płaskie miejsce. Wcześniej miała biust w rozmiarze D. Załamała się kompletnie. Owszem za jakiś czas może mieć endoprotezę, ale by ją zrobić będzie konieczny przeszczep skóry. Wtedy ta skóra już będzie inna w dotyku, w innym kolorze. Pierś będzie bez sutka. Stąd już krok do problemów z samoakceptacją, kompleksów w łóżku  itd. Więc co wybierasz? 

A ludzie zdrowi potrafią radzić sobie z chorobą innych? Jakie były reakcje kiedy Twoi bliscy, znajomi dowiedzieli się, że chorujesz?

Moja rodzina podeszła do tego raczej spokojnie, przekonywali, że wszystko będzie dobrze. Pewnie kiedy nie widziałam to  płakali i mocno to przeżywali, ale w ogóle nie dali mi tego odczuć.  Kiedy znajomi dowiedzieli się, że ogoliłam głowę, zastanawiali się jak powinni zareagować, jak ze mną rozmawiać itd. Potem jeden z nich powiedział: Ola, oczekiwałem, że gdy Cię spotkam zobaczę wrak kobiety, śmierć. Tymczasem zobaczył dziewczynę w szpilkach, wystrojoną, z pomalowanymi na czerwono paznokciami. Był w szoku, stwierdził, że jedyna róznica to fakt, że byłam w czapce. Moja koleżanka kiedyś opowiedziała mi taką sytuację, zadzwoniła do swojej znajomej, a ta strasznie narzekała i marudziła. Potem zadzwoniła do mnie i była przekonana, że – ponieważ byłam chora – też będę narzekać. Tymczasem usłyszała, że u mnie super, że zapisałam się na kurs tańca, że gotuję obiad, że idę na zakupy. Nie mogła uwierzyć, że to mówi osoba chora, a zdrowa tak marudzi. 

Co dalej, jakie masz plany?

Zaczynam pracę. Obiecałam sobie, że w tym roku będę robić rzaczy, których nigdy nie robiłam a robić zawsze chciałam. Uczę się więc tańczyć, chciałabym zacząć się uczyć języka włoskiego. A najważniejsze to chciałabym założyć rodzinę. 

I mieć dzieci?

Mój rak okazał się hormonozależny. Przez rok, może dwa lata, będę przechodzić terapię hormonalną. Raz w miesiącu dostaję zastrzyk w brzuch, jestem w stanie menopauzy, więc na razie nie mogę myśleć o zajściu w ciążę. Kiedy dowiedziałam się o chorobie chciałam zamrozić komórki jajowe, ale to było niemożliwe, bo trzeba by było stymulować je hormonami, których ja nie mogłam przyjmować w trakcie choroby. Mam nadzieję, że zastrzyki skończę brać w październiku, potem trzeba jeszcze poczekać trzy do pięciu miesięcy żeby wróciła  naturalna gospodarka hormonalna i wtedy będę chciała zajść w ciąże i mieć upragnione dzieci. Wierzę, że przyszły rok też będzie dla mnie pomyślny. 

ola1
Ola-czapka

 

 

 

 

 

 

nie musisz być idealną,
żeby być piękną!

Ewelina Kopic

Ta strona używa Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania - politykę prywatności. Można zablokować zapisywanie cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie. Zgadzam się