W piekle bulimii...

Autor:
W piekle bulimii...

Na imię ma Ania. Ma 23 lata. Z zawodu jest pedagogiem. Jest uśmiechniętą, otwartą i czarującą kobietą. Na pierwszy rzut oka – „chodzące szczęście”! Dopiero kiedy zaczyna opowiadać swoją historię wiadomo, że to szczęście okupione zostało bólem i ciężką walką...o siebie...

 

 

 Aniu, kogo dzisiaj widzisz patrząc w lustro?

 Silną, świadomą i  atrakcyjną dziewczynę. Dziś patrząc w lustro dużo się do siebie uśmiecham i coraz bardziej lubię swoje kobiece kształty, długie kręcone włosy i brązowe oczy. Przyjaciele określają mnie jako "apetyczną" dziewczynę. Chociaż nie mogę powiedzieć, że każdego dnia tak o sobie myślę. Bywają i trudniejsze momenty. To ciągła praca nad poczuciem swojej wartości, przekonaniami na swój temat i wewnętrznym krytykiem. 

 

Miło słyszeć, kiedy kobieta mówi, że czuje się dobrze w swojej skórze... Zawsze tak było?

 

Niestety nie. Przeszłam długą drogę  walki z bulimią, gdzie przez 7 najlepszych lat mojej młodości i dorastania spędziłam...przepraszam za bezpośredniość... wymiotując w toalecie. Na szczęście ten czas już minął i nie wymiotuje już od prawie roku.

 

Nie lubiłaś „dziewczyny z lustra”?

 

Nienawidziłam! Myślałam o sobie wszystko, co najgorsze. Od zawsze w moim domu panowało przekonanie, że dziecko musi jeść, aby było duże i zdrowe. I taki "kult" jedzenia zamienił się w przyjemność, a później lekarstwo na wszystkie traumy.

 

A pamiętasz, kiedy zaczęły się problemy?

 

Od kiedy pamiętam byłam dziewczynką "przy kości". W szkole podstawowej byłam bardzo zakompleksiona, ponieważ miałam 30 kg nadwagi i dzieci wciąż wołały na mnie "grubaska". Nie miałam wielu znajomych i przyjaciół, bo przecież w szkole nikt nie chce się przyjaźnić z grubymi dziećmi... Jako dorastająca dziewczynka zrozumiałam, że nie chce być ofiarą innych dzieciaków i jak każda nastolatka zwyczajnie chciałam się podobać. W późniejszych latach dorastania eksperymentowałam z dietami, bardziej i mniej skutecznie. Miałam ciągłe poczucie, że nie jestem idealna. Także rodzice na każdym kroku przypominali mi o tym, że muszę schudnąć.  W moim domu było bardzo dużo przemocy fizycznej i psychicznej oraz alkoholu. Codziennie towarzyszył mi  lęk i strach, a jedyną przyjemnością było jedzenie. To była nieustanna huśtawka przybierania na wadze i chudnięcia. Bałam się, że znów będę za gruba, a tego bym w tamtym czasie nie zniosła. W końcu znalazłam „TEN” sposób... Pewnego dnia sprowokowałam wymioty, potem kolejnego i następnego dnia również...

 

Jak wyglądały początki choroby?

 

Początkowo wymiotowałam 1-2 razy dziennie. Później zdarzało się, że i 6-7 razy dziennie. Na początku wydawało mi się, że mam nad tym kontrolę. Wielokrotnie podejmowałam próby przerwania, jednak bez skutku. Kilka razy dziennie "atakowałam" lodówkę i zjadałam kompulsywnie to, co miałam pod ręką do momentu, w którym czułam, że jestem zupełnie „napchana”. Zaraz później pojawiał się strach, że przytyje, więc musiałam z siebie "wyrzucić" to, co zjadłam. Zaraz po zwymiotowaniu pojawiało się poczucie winy i postanowienie, że już nigdy więcej tego nie zrobię. I tak było za każdym razem.

 

 

Jak później wyglądała rzeczywistość? Codzienność i zapewne ukrywanie swojego zachowania...

 

Byłam bardzo sprytna jak każda dziewczyna chorująca na bulimię. Nauczyłam się tak wymiotować ,żeby nikt nie słyszał. Najczęściej spuszczałam w tym czasie wodę z kranu albo w toalecie. A jeśli mama czasami słyszała, że wymiotuje, to zawsze odpowiadałam, że chyba coś zjadłam i mi zaszkodziło. Bywały różne sytuacje w domu. Zatkane rury w zlewie czy w przepływie. Zawsze jakoś z tego wybrnęłam.  

 

Otoczenie, rodzina, przyjaciele, widzieli, że dzieje się coś złego?

 

Kiedy zaczęłam chorować każdy się skupiał na ojcu, który w tym czasie przychodził pijany do domu. Nikt nie zwracał na mnie uwagi. A w szkole wiedziała jedna bliska koleżanka.

 

Jak funkcjonuje organizm osoby chorej na bulimię?

 

Dla mojego organizmu to było totalne wyniszczenie. Ciągłe wahania wagi, których skóra nie wytrzymywała i w efekcie pojawiały się rozstępy. Kiedy zaczęłam wymiotować 6-7 razy dziennie pojawiały się drobnie krwawienia z przełyku i ból gardła. Często towarzyszyła mi też chrypka. Moja skóra była sucha i miałam poczucie, że jest niedożywiona a policzki  opuchnięte. 

 

A w którym momencie uświadomiłaś sobie, że to co się z Tobą dzieje, to poważny problem?

 

Kiedy zaczęłam chorować rozpoczynałam naukę w Liceum. Ciągłe wymiotowanie w domu i szkole bardzo utrudniało uczenie się a później przygotowanie do matury. W międzyczasie, w weekendy, pracowałam jako kelnerka, więc miejsce w, którym jest jedzenie jeszcze bardziej potęgowało moje wymiotowanie, bo ciągle miałam do jedzenia dostęp. Rozpoczęły się problemy z nauką i koncentracją, bo większość czasu spędzałam na jedzeniu i wymiotowaniu w toalecie. Pamiętam dzień, który dla mnie był przełomowy. Po raz pierwszy zdałam sobie sprawę, że mam poważny problem i sama sobie z nim nie poradzę, kiedy zwymiotowałam w szkolnej toalecie solidnie krwawiąc z przełyku. Popłakałam się i pobiegłam do szkolnej pielęgniarki. Starała się mi pomóc, ale sama była wystraszona i chyba nie wiedziała, co się ze mną dzieje. Po chwili zastanowienia i uspokojenia zadzwoniła do ośrodka interwencji kryzysowej w miejscowości z której pochodzę i skontaktowała mnie z psychologiem.

 

I jak wyglądała ta „pierwsza pomoc”?

 

Pierwszej pomocy nie wspominam najlepiej. Zgłosiłam się na wizytę do pani psycholog, z którą umówiła mnie szkolna pielęgniarka właśnie w ośrodku interwencji kryzysowej. Na pierwszym spotkaniu dowiedziałam się, że najpóźniej na trzecią wizytę muszę przyjść z rodzicem ponieważ nie jestem pełnoletnia (miałam 17 lat). Bałam się powiedzieć mamie o swoim problemie, ponieważ wiedziałam, że w tamtym czasie nie uzyskam zrozumienia i wsparcia. Z kolejnych spotkań zrezygnowałam i podjęłam decyzję, że poczekam kolejny rok, do czasu zdania matury, i wyjadę do Warszawy. Kiedy zdałam maturę wybór studiów był najmniej ważny. Bardzo chciałam sobie pomóc i wiedziałam, że potrzebuje terapii u osoby, która specjalizuje się w pracy z zaburzeniami odżywiania. I tak się stało. Wyjechałam do Warszawy, dostając się jedynie na studia zaoczne, które były dla mnie jakimś punktem zaczepienia. Początki w Warszawie nie były łatwe, bo byłam zdana jedynie na siebie, więc kolejny rok minął mi na zmianie pracy  z jednej na drugą, szukaniu mieszkania, poznawaniu nowych ludzi i osadzaniu się w stolicy. Miałam poczucie, że wymiotuję coraz mniej, więc terapię odstawiłam na dalszy plan. Przy pierwszym większym stresie i napięciu znów zaczęłam częściej  wymiotować. Rozpoczęłam poszukiwania psychologa i po prostu wpisując w google "psycholog zaburzenia odżywiania" „wyskoczyły” mi różne prywatne gabinety psychologów i przychodnie. Kompletnie nie widziałam, który wybrać, więc zadzwoniłam do pięciu pierwszych prywatnych gabinetów psychoterapeutycznych. Jakoś tak intuicja podpowiedziała mi, że pierwszy pod który się dodzwoniłam do Pani Kasi to ten właściwy. I rzeczywiście miałam bardzo dużo szczęścia, trafiłam na bardzo kompetentnego psychoterapeutkę. Po 8 miesiącach terapii zminimalizowałyśmy objawy bulimii. Dowiedziałam się, że bulimia tak na prawdę jest skutkiem problemu a przyczynna jest zupełnie inna. Pani Kasia poleciła mi stowarzyszenie OD-DO , które pracuje z DDA i następnie tam 2 razy w tygodniu pracowałam na terapii grupowej i indywidualnej. Dziś myślę, że miałam sporo szczęścia, że trafiłam na tak wspaniałe osoby. 

Nie jest nowością, że w procesie wychodzenia z choroby ważna jest motywacja i chęć uwolnienia się z bulimii. Ja miałam jej bardzo dużo w sobie, ale też musiałam do tego dojrzeć i spotkać na swej drodze odpowiednie osoby.

 

 

Jak długo trwał Twój proces wychodzenia z choroby, zanim ponad wszelką wątpliwość powiedziałaś sobie samej „Ok, jestem zdrowa”!

 

Mój proces wychodzenia z choroby trwał około trzech lat. Na pierwszej indywidualnej terapii uczyłam się regularnie jeść 5-6 posiłków dziennie, w dziennej normie kalorycznej dla dorosłej osoby, aby nie dopuszczać do uczucia głodu i zajadania stresu. Oczywiście najtrudniejsza była decyzja, że jeśli chcę być zdrowa to przestaje się odchudzać. Moja praca polegała także na prowadzeniu dzienniczka z jedzeniem,gdzie zapisywałam to, co zjadłam, o jakiej godzinie oraz jakie emocje mi towarzyszyły każdego dnia. 

W Stowarzyszeniu OD-DO nauczyłam się pozwalania sobie na przeżywanie emocji, nazywanie ich i akceptacji siebie właśnie takiej z problemem. Najtrudniejszym momentem końcowym w terapii było "wzięcie odpowiedzialności za bulimię". Byłam już osobą dorosłą i wiedziałam, że nie chcę niszczyć siebie i swojego zdrowia. Z drugiej strony uświadomiłam sobie, że ta choroba, chociaż złudnie, jest moją "tarczą obronną" i trochę „krzykiem złości i rozpaczy” za krzywdy z dzieciństwa, których doświadczyłam. Jednak wiedziałam, że nie robię na złość swoim rodzicom, ale wyłącznie sobie.

Bardzo wiele było trudnych  momentów podczas terapii. Potrafiłam "na głodzie" i w stresie wejść do sklepu i kompulsywnie robić zakupy. Przy kasie uświadamiałam sobie, że nie chcę znów skończyć tak samo, czyli wymiotując, więc odstawiałam zakupy i wychodziłam. W procesie choroby bardzo dużym wsparciem byli dla mnie przyjaciele, których poznałam w Warszawie. Miałam kilka numerów i wiedziałam, że mogę w każdej chwili zadzwonić, porozmawiać, powiedzieć, że właśnie znów zwymiotowałam, albo przyjść i po prostu się przytulić. Przyjaciele byli dla mnie ogromnym wsparciem i na pewno wiele im zawdzięczam.

 

Były nawroty?

 

Oczywiście. Nawet po skończonej terapii, chociaż bardzo rzadko, zdarzało się, że wymiotowałam. Obecnie jestem po Półtora roku od ostatniego spotkania na terapii. Od roku nie wymiotuje i uważam to za swój dotychczas największy sukces w pracy nad sobą.

 

Jest coś, co chciałabyś powiedzieć kobietom, które mają podobny, być może jeszcze nieuświadomiony problem?

 

Dziewczyny piękno jest w Was i to nie są tylko czyste banały! Każda z Nas ma inną historię, często bardzo trudną... Jakkolwiek to brzmi - szkoda życia na spędzanie go w toalecie! Nie wiem, jak wyglądałoby dotychczasowe moje życie, gdyby nie walka z chorobą. Ja znalazłam tyle siły i odwagi, by o siebie walczyć, myślę że i Wy ją macie. Warto zacząć mówić o swoim problemie. Na początek chociaż jednej zaufanej osobie, która da Wam wsparcie. Koniecznie trzeba zgłosić się na terapię. Po kilkudziesięciu, a może i więcej, próbach uwolnienia się od bulimii wiem, że sama bym nic nie zdziałała. Dziś myślę, że doświadczenie walki z chorobą dało mi dużo siły w sobie i zmieniło mnie na lepsze. Jestem bardziej świadoma dzięki terapii. Ludzie, których tam poznałam i rzeczy których doświadczyłam podczas spotkań terapeutycznych są jednymi z najwartościowszych, jakie mogły mi się przytrafić w życiu, chociaż wtedy wcale nie było łatwo. Podczas terapii nauczyłam się być dla siebie dobra i wyrozumiała. Znalazłam konstruktywne rzeczy, które sprawiają mi przyjemność. Warto znaleźć taką przyjemność dla siebie. Może być to mała rzecz, ale WYŁĄCZNIE dla nas samych. U mnie jest sporo takich wspaniałych rzeczy- góry, bieganie, kolejne studia i przyjaciele. Jestem szczęśliwa.

 

E.K.

 

 

 

nie musisz być idealną,
żeby być piękną!

Ewelina Kopic

Ta strona używa Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania - politykę prywatności. Można zablokować zapisywanie cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie. Zgadzam się