Silna wola szczęścia

Autor:
Photo credit: Moyan_Brenn / Foter / CC BY Photo credit: Moyan_Brenn / Foter / CC BY

Najsmutniejszym świadectwem naszych czasów są księgarniane półki uginające się pod ciężarem wszelakiej maści psychopodobnych poradników mających pomóc osiągnąć osobiste szczęście. Chcesz być szczęśliwy – przeczytaj. I gotowe. Rzadko która powie wprost, że szczęście to ciężka praca. A dokładniej – odrobina woli. Choć w narcystycznych, hołdujących łatwiźnie pop-czasach to w gruncie rzeczy to samo. 

 

 

Zastanówmy się. Czy ktokolwiek mógłby wskazać na podobne publikacje z lat – dajmy na to – międzywojnia? A może ktoś słyszał o podręcznikach do nauki optymizmu doby romantycznej czy oświeceniowej? „Jedz, módl się, kochaj i nie myśl o zaborach”, „Tao matki powstańca”, „Kwiaty lotosu, joga i praca organiczna”? Nawet jeśli dzieła o podobnym przeznaczeniu ujrzałyby wówczas światło dzienne (czy okazałyby się bestsellerami to jeszcze inne zagadnienie), śmiem przypuszczać, że wypadałyby blado w porównaniu z wysypem tego typu tytułów w czasach nam współczesnych. Z jakichś powodów dążenie do osobistego szczęścia stało się jedenastym przykazaniem, niekwestionowanym dogmatem kultury konsumeryzmu. I z jakichś powodów – niestety – masowo się to nie udaje. Pojawienie się nowej, chodliwej niszy rynkowej, którą te kilometry papieru zapełniają, to najlepszy dowód tego niepowodzenia.  

Czyżby marzenia o samorealizacji, spełnieniu, spokoju, równowadze (jak owo szczęście zwał, tak zwał, ale to właśnie tego życzą mi przy różnych okazjach koledzy i koleżanki w podobnym wieku – symptomatyczne, prawda?), a zatem czyżby te rojenia, na masową skalę wyrażane nakładem takich książeczek, były stosunkowo świeżym wynalazkiem kultury Zachodu? Bajaniami, które pojawiły się niczym przysłowiowy królik z kapelusza? Odpowiedź na to pytanie jest zasadnicza, jako że chęć osiągnięcia osobistego szczęścia jest dziś dla wielu bardzo realna i dojmująca. Warto by dowiedzieć się, czy aby przypadkiem nie goni się wespół z całym pokoleniem za nieistniejącą ułudą. Osobiście chciałbym wiedzieć, czy życzenia składane mi przez przyjaciół mają jakąkolwiek szansę realizacji. 

 

W głuszę!

Z jednej strony – i to punkt dla obrońców idei o istnieniu czegoś takiego jak doskonała równowaga – nie brak jest doniesień o takich nielicznych szczęśliwcach. Prasa life-stylowa regularnie zachłystuje się opowiastkami o indywiduach, które porzucają korporacyjne okowy, sprzedają (lub rozdają) dobytek, i znikają w leśnej głuszy, karmią wiewiórki, zaprzyjaźniają się z wilkami, albo mniej ekstremalnie: uprawiają lawendę, sami sobie plotą eko-bieliznę, wędzą oscypki, suszą jagnięcinę z dala od miejskiego zgiełku… Są wolni. Mało się o tym mówi? To niedościgniony ideał. Filozofia slow movement (i jej bardziej umasowiona forma w postaci festiwali smaku i mody na chłopskie żarło przy każdej autostradzie) jest lżejszą wersją dla tych mniej zdecydowanych. Recept na szczęśliwe życie przedstawianych w mediach jest wiele. Jedno pozostaje pewne – współczesna kultura takie odważne przypadki hołubi. Tysiące ludzi tęskni za odnalezieniem swojej ścieżki. Pytanie jednak, czy chcą tego, bo tak czują, czy może tego właśnie wymaga od nich otoczenie, wmawiając, że ci, którym taka sztuka się udała są najbardziej cool? Kto tego nie robi, kto odżegnuje się od takiej tęsknoty automatycznie szufladkowany jest jako szczur w wyścigu, pracoholik, dowiaduje się, że żyje dla pracy (a nie na odwrót), że brnie przez świat nieświadomy, nieprzebudzony, nieoświecony. Aż strach za tym szczęściem osobistym nie gonić. Poważnie. Kto ma rację? 

 

Opty-zwierz

Przed ludźmi marzącymi o szczęściu szczególnie trudne zadanie, zwłaszcza, że – jak przekonują fachowcy – natura faworyzuje pesymistów. Nie ma czegoś takiego, jak biologicznie programowany optymizm. Żadne ze zwierząt nie rodzi się z genami szczęścia. Żadne ze zwierząt do niego nie dąży. Stan natury nie jest par excellence błogostanem, od którego nas cywilizacyjnie oddzielono. Zwierzęta dążą do zaspokojenia popędów. Nie poprzestają na małym, nie hamują instynktów. Tyle. 

Wyobraźmy sobie zwierzę optymistę, farciarza, który wszędzie doszukuje się plusów, jest spokojny, powtarza sobie, że „jakoś to będzie” i „nie jest źle”. Efekt? Zwierzę optymista nie dożywa świtu. Zostaje zażarte. Względnie, przeżywa tydzień, ale i tak zdycha głodne i nierozmnożone. Okrutny świat we wszystkim je wyprzedził. Psychologowie ewolucyjni przekonują, że ci, którzy zakładają, że świat jest zły, a z każdego kąta czai się czyhające niebezpieczeństwo, przeżyją i rozmnożą się z większym prawdopodobieństwem, niż ci, którzy wierzą, że życie jest piękne a świat cudowny. Jesteśmy potomkami pesymistów, którym każe się dziś na siłę gonić za szczęściem. Nie oszukujmy się, masowe recepty na udane życie nie poskutkują. Nie oznacza to jednak, że sprawa jest przegrana.

 

Wysil się i zrób sobie dobrze

Z pomocą przychodzi stosunkowo świeża dyscyplina naukowa, psychologia pozytywna, zajmująca się badaniem przyjemnych emocji, ich wywoływaniem i podtrzymywaniem. Jej guru, Martin Seligman, autor takich książek jak choćby wydana niedawno „Pełnia życia” odrzuca z góry cudowne przepisy i podaje kilka warunków, co do których niezbicie potwierdzono, że stanowią podłoże pozytywnych stanów mentalnych. A tymi są: zaangażowanie, pochłonięcie, dobre emocje i udane relacje z innymi. Pierwszy komponent ma swoje źródło w przekonaniu, że to, co robimy, ma sens. Drugi występuje wespół z frajdą, jaką czerpiemy na przykład realizując swoje hobby. Trzeci to umiejętność dostrzegania drobiazgów, które po prostu poszły dobrze. Brzmi prosto? Ha, i tu jest pies pogrzebany! Komponenty wyliczane przez Seligmana to zestaw, który bardzo ciężko jest wprowadzić w życie. Potrzebna jest wola i upór. A czasy mamy takie, że silna wolna jest zepchnięta do defensywy. Żyjemy w czasach, które każą nam sobie schlebiać, które uczą nas, że wszystko jest w zasięgu ręki, że fajne jest to, co łatwe i dostępne od zaraz. Staranie się, powstrzymywanie swoich apetytów, świadomy wysiłek to komponenty coraz mniej popularne – niesłusznie. 

Wysiłek, przekonuje Seligman, jest może i mało przyjemny, ale daje fenomenalne rezultaty. Jednym z bardzo prostych ćwiczeń potwierdzających tę regułę jest „co poszło dobrze”. Każdego dnia wystarczy wypisać na kartce trzy rzeczy, które się udały. Nie muszą to być zaraz ciężkie armaty w rodzaju narodzin dziecka, awansu, ślubu czy szczęśliwego losu na loterii. Wystarczy choćby miła rozmowa z sąsiadem, znalezienie w sklepie ulubionego smaku lodów, czy obejrzenie dobrego filmu. Banały? Spróbujcie robić te „banały” przez tydzień. Będzie wam bardzo ciężko. Bo to nudne. Bo się nie chce. Bo to głupie. Bo nie ma czasu. Bo nie wiadomo, co wpisać. Powodów jest tysiąc.

Większość ludzi zatrzymuje się koło trzeciego, czwartego dnia. Kto znajdzie w sobie odrobinę więcej woli, ze zdumieniem odkryje, że z biegiem czasu jest łatwiej. Jeszcze bardziej się zdziwi, gdy spostrzeże, że uświadamiając sobie takie drobiazgi, każdy dzień jawić się zaczyna jako – o dziwo – w miarę udany. Ćwiczenie to – przekonuje autor „Pełni…” – skutkuje nawet w przypadkach ciężkiej depresji. Pogrążeni w niej ludzie, nie znajdujący w sobie sił, by wstać z łóżka, wyliczający nadludzkim wysiłkiem przez tydzień to, co szło dobrze, po pewnym czasie… „wracają do żywych”. Potrzebna była tylko wola i konsekwencja. Kropla naprawdę drąży skałę. 

 

Sartre się pomylił

To, jakie mamy hobby, czym czujemy się pochłonięci bądź co uznajemy za udane – jest względne. Nie ma doskonałego sposobu na dobrze spędzony czas. Ale ostatni komponent psychologii pozytywnej jest absolutnie uniwersalny. Siła relacji z innymi bierze się z naszej ewolucyjnej spuścizny. Jesteśmy stworzeniami stadnymi. Przez tysiące lat nasz gatunek rozwijał się w zbieracko-łowieckich grupach, których liczebność nie przekraczała 150 osób (co zresztą widoczne jest i dziś: bez względu na setki przyjaciół z fejsa, to wciąż maksymalnie 150 osób odgrywa w naszym życiu wymierną rolę). Grupy łowiecko-zbierackie by przetrwać musiały dobrze się ze sobą dogadywać. Współpraca, wzajemne zrozumienie, empatia, altruizm, owocne relacje – wszystko to było gwarancją sukcesu, wszystko to oznaczało przetrwanie. Matka natura skłonność do takich zachowań faworyzowała, jesteśmy do nich naturalnie zmotywowani. Współpraca ma dla nas charakter samo-nagradzający. Sartre się mylił, pisząc, że „piekło to inni”. Biologia naszego gatunku twierdzi dokładnie odwrotnie: inni to absolutny fundament. 

Problem w tym, że czasy notorycznego pośpiechu wystawiają twierdzenia psychologii pozytywnej na ogromną próbę. Rozwój społeczeństwa przyśpiesza, narody – mimo kryzysu – bogacą się. Stać nas na coraz więcej. W porównaniu z pokoleniem sprzed pięćdziesięciu lat mamy niemal wszystko: dostęp do dóbr kultury, rozliczne prawa i przywileje, kolorowe ubrania, samochody, Internet gwarantujący codzienny kontakt z najdalszymi zakątkami planety i nieograniczony dostęp do informacji, wczasy o jakim naszym dziadkom się nie śniło, nieprzebraną ilość żywności na sklepowych półkach. To niewyobrażalny skok. A jednak odsetek ludzi pogrążonych w depresji, w tym i ludzi młodych uczniów gimnazjów i liceów (!), niebezpiecznie wzrasta. W czasach, które na pierwszy rzut oka wyglądają jak spełniony sen, wielu boi się – nadal – niespełnienia. 

 

Bardzo ważnych piętnaście minut

Czy w tym tunelu widać jakiekolwiek światełko? Cóż, nie byłbym sobą, gdybym trochę po socjologicznemu nie pozrzędził. Mamy pecha. Koncepcja szczęścia, którą można wydedukować z naszej psychologicznej konstrukcji jest w oczach świata śmiertelnie nudna. Kto ma dziś czas i zapał do bezproduktywnej zabawy w hobby? Kto gotów jest angażować czas i środki w mozolne budowanie wieloletnich relacji z otoczeniem? Kto wykrzesze z siebie trochę woli? To od tych pytań, pytań nie do końca wygodnych, powinien zaczynać się wstępniak każdej dobrej książki o szczęściu. 

Tytułem puenty: dawno temu na Uniwersytecie Stanforda dano kilku parolatkom po cukierku. Poinformowano je, że mogą go zjeść natychmiast, ale jeśli powstrzymają się przez kwadrans – dostaną w nagrodę drugiego. Większość nie wytrzymała. Ale kilkorgu z nich ta trudna sztuka (w tym wieku to jest naprawdę wyczyn) się udała. Po latach naukowcy dotarli do uczestników tego eksperymentu. Zgadnijcie, kto w życiu wylądował lepiej?

Siła woli.

To działa. 

 

nie musisz być idealną,
żeby być piękną!

Ewelina Kopic

Ta strona używa Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania - politykę prywatności. Można zablokować zapisywanie cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie. Zgadzam się