KINOTERAPIA - Kiedy gaśnie światło…

Autor:
Photo credit: achassignon / Foter / CC BY-SA Photo credit: achassignon / Foter / CC BY-SA

Zastanawiałam się jaki powinien być pierwszy przystanek na filmowym szlaku, który wspólnie będziemy przemierzać i stwierdziłam, że najprostsze rozwiązania są często najlepsze. 

 

Po pierwsze primo…

Skoro mamy zajmować się obrazami, które pozwolą nam nabrać do siebie dystansu, lepiej się zrozumieć, polubić to, co do tej pory nam przeszkadzało może po prostu podpowiedzieć na co „tu i teraz” wybrać się do kina, by zaserwować sobie skuteczną, filmową autoterapię. 

Po drugie primo…

Ponieważ  rozmawianie o filmach, które zamieszkały nam pod powiekami i w pozytywnym sensie, nie dają nam spokoju,  jest prawie tak samo przyjemne jak oglądanie ich, od czasu do czasu będziemy także spotykać się z artystami,  sportowcami, dziennikarzami, którzy opowiedzą nam o filmach, do których często wracają, bo pozwoliły odnaleźć drogę do samoakceptacji. 

Po trzecie primo… 

Gasnące dyskretnie w kinie światło to budząca dreszcz emocji zapowiedź przygody, wyprawy do wykreowanego przez wyobraźnię twórców wizualnego świata, która pozwoli nam przez 2 godziny odpocząć od naszej codzienności. Zawsze wzruszał mnie Zygmunt Kałużyński, który przyznawał, że choć widział tysiące mniej lub bardziej udanych dzieci Dziesiątej  Muzy i miał już swoje lata, za każdym razem kiedy w sali kinowej otulała go ciemność czuł dziecięcą ekscytację i radość na myśl o czekającej go za chwilę filmowej niespodziance. Rozumiem go doskonale i mimo wielu kinowych rozczarowań, nadal uwielbiam ten moment tuz przed pierwszymi obrazami pojawiającymi się na ekranie i tego uczucia nie popsują mi nawet kilometrowe bloki reklamowe oddalające rozpoczęcie seansu. Wiem, że jestem nieuleczalną kinomanką, ale radzę Wam zarazić się tym wirusem, bo pewnie przyjemność czerpana z wypraw do kina będzie większa, a słynne słowa „Ciemność widzę, ciemność” nabiorą nowego  znaczenia i pozwolą wyśnić coś ciekawego także na jawie. Piękna metafora porównująca kino  do sennego marzenia  autorstwa Edgara Morina, francuskiego filozofa i socjologa i choć w głowie autora narodziła się  ponad pół wieku temu, a od tego czasu film pokonał setki tysięcy kilometrów celuloidowej taśmy, trudno o bardziej trafne porównanie.

Istnieje  też spora szansa, że jak się z tego filmowego snu ockniemy i wrócimy do świata, od którego na chwile mogliśmy odpocząć wybierając się do kina, na to, co nie dawało nam spokoju, zerkniemy z odrobinę większym dystansem. I tylko takich seansów wszystkim zakochanym w kinie i tym, którzy tylko od czasu do czasu z nim flirtują życzę. 

Post scriptum

Początkowo chciałam w pierwszej filmowej podróży zabrać Was do świata Tima Burtona i zajrzeć w jego „Wielkie oczy”, ale pisząc o własnych filmowych początkach straciłam poczucie słów i skromny, lakoniczny wstępniak spuchł do rozmiarów strony. Może więc  o najnowszym filmie reżysera „Edwarda Nożycorękiego” opowiem Wam następnym razem kończąc nieśmiertelnym serialowym: a już w następnym odcinku….

 

nie musisz być idealną,
żeby być piękną!

Ewelina Kopic

Ta strona używa Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania - politykę prywatności. Można zablokować zapisywanie cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie. Zgadzam się