Moje córki krowy. Z cyklu Kinoterapia

Autor:
materiały prasowe materiały prasowe

Egzamin z dojrzałości...

Nieprzepracowane tematy z przeszłości nie pozwalają nam ruszyć do przodu. Warto wybrać się do kina, by trochę się pośmiać, trochę wzruszyć a po zakończeniu seansu zastanowić się jak pozbyć się własnego balastu i spojrzeć na siebie i relacje z bliskimi bardziej wyrozumiale i pozytywnie.

 

To film o miłości, ale nie w wersji popkulturowej, uładzonej, po liftingu z obligatoryjnym, często sztucznie doczepionym happy endem. Opowieść o uczuciach trudnych, które nie zawsze zapełniają deficyt emocji, dają siłę i motywację do codziennego wstawania z łóżka, ale często ranią, sprawiają przykrość, choć nie taka była intencja tych, którzy próbują nas przytulić do serca. „Moje córki krowy” Kingi Dębskiej to taka filmowa wizyta u terapeuty i rozmowa z widzem na trudny temat, z którym każdy będzie musiał się zmierzyć, albo już był  zmuszony go przepracować. Choć upojeni optymistyczną wizją świata Epikurejczycy przekonywali nas, że nie należy martwić się śmiercią, bo tam gdzie my jesteśmy nie ma jej, a gdy się pojawia, nas już nie ma. Zapomnieli jednak w swych filozoficznych rozważaniach             i akceptowaniu trudnych aspektów rzeczywistości uwzględnić jeden z nich: odchodzenie najbliższych, odchodzenie rodziców. Oswajanie tej sytuacji, do której nie przygotowywali nas w żadnej szkole ani na żadnych wykładach jest jednocześnie dla twórców pretekstem do zastanowienia się nad charakterem relacji rodzinnych. Próbą odpowiedzi na pytanie, na ile emocjonalny i intelektualny posag, który otrzymaliśmy w dzieciństwie  od rodziców jest zarazem źródłem naszej siły i słabości. Mimo jak najlepszych intencji i chęci przygotowania swojego potomstwa do samodzielnego, dobrego życia, często wyposażają dzieci także w  lęk przed głębokim zaangażowaniem, kompleksy, niskie poczucie własnej wartości, siostrzaną zazdrość o rodzicielską uwagę. Towarzyszenie ojcu i matce w procesie odchodzenia to pretekst do skonfrontowania się z własnymi traumami i szczerej rozmowy o nich, czyli przyśpieszony, obowiązkowy kurs dojrzewania. To przemijanie podkreślają też zdjęcia, bliskie plany twarzy głównych bohaterek bez retuszu, bez światła o ciepłej barwie zmiękczającego rysy. Tak jakby autor zdjęć chciał podkreślić, że czas je zmienia, mimo naszych rozpaczliwych zabiegów i wiary, że jesteśmy niezniszczalni. W epoce, kiedy durna młodość, prawdziwa bądź sztuczna jest wykreowana na wartość, to odwaga pokazać w przeciwwadze dojrzałość, która jest piękna. 

P.S. Po zakończeniu seansu, ma się od razu ochotę zadzwonić do rodziców i zapytać czy wszystko u Was w porządku? Warto wybrać się do kina.

 

nie musisz być idealną,
żeby być piękną!

Ewelina Kopic

Ta strona używa Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania - politykę prywatności. Można zablokować zapisywanie cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie. Zgadzam się