Photo credit: kitty27 / Foter / CC BY Photo credit: kitty27 / Foter / CC BY

"Wielkie oczy" Tima Burtona, z cyklu "Kinoterapia. Must see, by poczuć się lepiej".

 

Tim Burton od lat zabiera swoich wyznawców do baśniowego, zatopionego w gotyckich klimatach, onirycznego świata, którego bohaterowie muszą zmierzyć się z całkiem realnymi problemami. Postaci, wyśnione i ożywione na ekranie przez byłego animatora Disneya, to najczęściej oryginały i samotnicy, których wyjątkowość sprawia, że czują się niedopasowani do świata, w jakim przyszło im funkcjonować. W galerię burtonowskich typów świetnie wpisują się zarówno „Batman”, superbohater o podwójnej tożsamości walczący z czarnym charakterem o  demonicznym obliczu Jacka Nicholsona jak i stworzony przez szalonego wynalazcę „Edward Nożycoręki”, którego odmienność początkowo fascynuje, ale z czasem coraz bardziej uwiera małomiasteczkową społeczność. Bliskich i dalekich krewnych Edka i komiksowego herosa znajdziemy praktycznie we wszystkich obrazach Burtona, autora „Alicji z Krainy Czarów”, „Sweeney Todda: Demonicznego golibrody z Fleet Street”, „Gnijącej Panny Młodej” czy „Jeźdźca bez głowy”. W porównaniu z wymienionymi tytułami, ostatni film reżysera jest mocno zakorzeniony w rzeczywistości, a wrażenie to wzmacnia fakt, że przedstawiona w nim historia wydarzyła się naprawdę na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Jej bohaterką jest Margaret Keane, malarka - amatorka, która radzi sobie z bolesną przeszłością tworząc postaci dzieci o wielkich, zrozpaczonych oczach. Nieśmiała i eteryczna kobieta, dla której malowanie smutnych maluchów to także hobby zapewniające dodatkowy zarobek, poznaje irytująco pewnego siebie Waltera, proponującego jej wspólne życie po kilku chwilach znajomości. Małżonek, także artysta – amator biorący na warsztat paryskie widoczki, postanawia zaopiekować się nie tylko żoną, ale także jej twórczością. Szybko przekonuje zahukaną i zakompleksioną Margaret, że sygnowane przez kobiety obrazy nie zainteresują ani klientów ani marszandów, więc dla ich wspólnego dobra najlepszym rozwiązaniem będzie przypisanie ojcostwa wielkookich dzieciaków Walterowi. Świeżo upieczony tata, który bez żadnych oporów podpisuje się pod efektami cudzej pracy i wyobraźni, okazuje się dodatkowo świetnym marketingowcem, z powodzeniem podsycającym zainteresowanie mediów i osiągającym spory sukces finansowy dzięki masowej sprzedaży reprodukcji. Cały ten zgiełk nie jest w stanie zagłuszyć u Margaret wyrzutów sumienia, bo porzucenie własnych, odmalowanych na płótnie latorośli musi boleć. Tym bardziej, że córka głównej bohaterki z pierwszego małżeństwa, nie rozumiejąc fałszywej wersji świata stworzonej przez dorosłych bez pardonu wypala: „Przecież to mama namalowała te obrazy!” Mama także zacznie coraz wyraźniej dostrzegać fakt, że rola, którą powierzył jej przedsiębiorczy małżonek, przestaje jej odpowiada. Choć Burton sięgnął tym razem po tzw. „true story” opowiada ją w tak wyrazisty sposób, że nietrudno się domyślić, iż Margaret spróbuje w końcu odnaleźć drogę do samoakceptacji. Po seansie warto odpowiedzieć sobie na pytanie, co zobaczymy przeglądając się w tej historii. Myślę, że dobrą puentą dla „Wielkich oczu” jest fragment wywiadu z Janiną Ochojską, który usłyszałam kilka dni temu. Twórczyni Polskiej Akcji Humanitarnej, która od dziecka jest niepełnosprawna usłyszała przed wieloma laty od jednego ze swoich lekarzy: coś co wydaje się nam ograniczeniem, słabością, przeszkodą, może stać się szansą, ale tylko od nas zależy, czy tak będzie. Przykład ekstremalny. Podobnie jak filmy Burtona.

  

nie musisz być idealną,
żeby być piękną!

Ewelina Kopic

Ta strona używa Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania - politykę prywatności. Można zablokować zapisywanie cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie. Zgadzam się